środa, 24 lutego 2016

Szach Mat - Początek | część I

Kiedy tak śpi obok po ciężkim dniu, rozczula mnie do granic możliwości. Wygląda jak chłopiec, który po kilku godzinach spędzonych na placu zabaw w końcu padł, tam gdzie siedział. Co jakiś czas dłonią szuka kontaktu, a kiedy odnajdzie mnie w pobliżu, wtula się nie przerywając snu. 

Poznaliśmy się prawie sześć lat temu (w marcu minie) przez internet. Absolutnie NIC oprócz mojej naiwności nie wskazywało na to, że jest to mężczyzna, z którym od tamtej pory spędzę każdy dzień - nawet na odległość mamy ze sobą świetny kontakt. Zaczęliśmy intensywnie korespondować. Mat był wówczas w delegacji, ale miał niebawem wrócić do Polski, więc była szansa na spotkanie. Różnica czasu sprawiała, że często czekałam w środku nocy... głodna jego słów, zafascynowana, poskromiona. W moim małym pokoju, rozświetlonym tylko lampką i blaskiem monitora, na odległość tysięcy kilometrów rodziła się silna więź, która miała zostać niebawem poddana wielu próbom.

art. Ilse Taylor Hable

Mat wrócił do kraju, ale tylko na kilka tygodni, a i w Polsce między naszymi miastami było 500 km różnicy. Przez telefon rozmawialiśmy niewiele, ale potrafiliśmy całymi dniami ze sobą pisać. Z resztą po dziś dzień telefonu używamy co najwyżej alarmowo lub służbowo (zdarza nam się razem pracować).

Pamiętam, że miałam poważne obawy czy wyjęci z wirtualnego świata będziemy potrafili ze sobą swobodnie rozmawiać. I muszę przyznać, że wcale nie było łatwo... dostawałam na żywo jakiegoś szczękościsku i ciężko było ze mnie coś wyciągnąć. Chociaż jemu to zdaje się nie przeszkadzało. Śmiał się tylko, że online wydawałam się bardziej wyszczekana. Okoliczności naszego pierwszego spotkania zostawię sobie na kolejny wpis - bo to ciekawa historia.  

W trakcie urlopu Mata widzieliśmy się tylko 5 razy - co weekend pokonywałam w piątek 500 km, by w niedzielę lub poniedziałek znowu wrócić do siebie. Kiedyś jedna z koleżanek słysząc to, skrzywiła się "to nie mógł on do Ciebie przyjechać?". Nie, nie mógł. Po tych kilku spotkaniach Mat znowu opuścił Europę... na ciągnący się w nieskończoność rok, a ja musiałam zejść na ziemię i zastanowić się co ze sobą zrobić.  

Założenie było proste - od samego początku postawiliśmy sprawę jasno i była to decyzja podjęta wspólnie - otwarty związek. Za krótko się znaliśmy, żeby wiązać się na śmierć i życie, a w obliczu takiej rozłąki zdawaliśmy sobie sprawę z realiów. Tym bardziej, że obydwoje lubiliśmy towarzystwo płci przeciwnej, co nie było między nami żadną tajemnicą ani tabu. Zasada była jedna - "chcę wiedzieć zanim do czegoś dojdzie, a nie po fakcie", co działo w dwie strony. Owszem istniało ryzyko, że to się nie uda. Brałam to pod uwagę, ale powiedzmy sobie szczerze, gdyby któreś z nas w tym czasie znalazło sobie kogoś innego, to raczej status naszego związku miałby akurat najmniejsze znaczenie. A ja po prostu wolałam wiedzieć i być na bieżąco, konfrontować swoje obawy i wyrażać jawnie swój sprzeciw, kiedy coś mi się nie podobało. Dzięki temu sytuacja zawsze była przejrzysta.

Czy bywałam wówczas zazdrosna? Oczywiście, szczególnie jak wiedziałam, że Mat właśnie spędza czas z jakąś atrakcyjną wizualnie i mentalnie kobietą. Zawsze akurat wtedy miałam mu najwięcej do powiedzenia i siedziałam jak na szpilkach, aż skończy spotkanie. Kiedy już mógł swobodnie rozmawiać, z niezdrową wręcz ciekawością, musiałam znać wszystkie szczegóły - gdzie byli, co jedli, o czym rozmawiali, co miała na sobie, jak pachniała, czy flirtowali, jak daleko się posunęli, czy mu się spodobała i jakie ma wobec niej dalsze plany. Cała ta wiedza mnie uspokajała. Jak już miałam wszystkie elementy układanki wówczas mogłam odetchnąć z ulgą. Było to też niezwykle ekscytujące doświadczenie - szczególnie na początku. Każda osoba trzecia między nami - a nie było ich wcale tak wiele - była okazją do zmierzenia się z nietypową sytuacją, z własnymi emocjami, a także z fundamentami naszej relacji, czyli szczerością.

I chciałabym napisać, że byliśmy szczerzy i czyści jak łza, ale przeprowadzenie doświadczenia w sterylnych warunkach możliwe jest tylko w laboratorium. U nas pojawiło się dużo zakłóceń z zewnątrz i z wewnątrz, które rzutowały na podejmowane decyzje i reakcje. W krytycznym momencie, po około 7 miesiącach rozłąki, byłam niemal pewna, że to koniec. Byłam pewna, że mnie zostawi. Musieliśmy wrócić do podstaw i praktycznie na nowo wszystko "modelować" - nie rezygnując przy tym z otwartości tej relacji. Zbiegło się to w czasie z bardzo trudnymi wydarzeniami w moim życiu i ciężko mi samej było na sobie polegać, a co dopiero jemu.

Narozrabiałam wtedy i nie chodziło wcale o innych mężczyzn. Nie byłam szczera. Zamiast jednak przyznać się do tego i spokojnie wyjaśnić sprawę z góry założyłam, że i tak wszystko stracone. Postanowiłam nie odbierać od niego telefonów i nie odpisywać. Nie wiedziałam, co mam mu powiedzieć.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz