środa, 17 lutego 2016

Straceńcy

Są wszędzie... odrealnieni, niepowtarzalni, zbuntowani, zagubieni, niedojrzali i nienasyceni. Czasami potrafią się umiejętnie kamuflować, ale Straceniec Straceńca zawsze wyczuje. Nie jestem pewna, czy to przez te oczy, skrywające tęsknotę, czy może przez śmiech, który nie ma nic do stracenia. Niezależnie od wieku, płci, statusu społecznego, pochodzenia, wyznania, mają ze sobą wiele wspólnego. W zależności od stopnia zdegradowania i stadium upadku, są mniej lub bardziej zdolni do społecznej integracji. Docelowo jednak, czują się bezpiecznie tylko wśród innych Straceńców albo wybierają stopniową izolację. Wiedzą, że różnią się w sposób nieakceptowalny od Innych (czyt. uchodzących za normalnych). 

Punk Birds - art. Lora Zombie


Nie rozumieją normalności, ale też wcale nie chcą jej rozumieć, odrzucają ją, a często nawet nią gardzą. Nie twierdzę też wcale, że stanowię tutaj jakiś wyjątek od tej reguły, ale po blisko 3 latach rekonwalescencji powoli zaczynam łapać, o co w tym chodzi. Myślę, że prócz oczywistych atrybutów, których wymienienie byłoby już chyba zbyt dosłowne, niemalże wszystkich Straceńców, których znam cechuje brak cierpliwości, wrażliwość, egotyzm lub/i egoizm, zamiłowanie do autodestrukcji, ciągły niedosyt, odrealnione plany na życie, oraz brak umiejętności rozpoznawania własnych uczuć i radzenia sobie z nimi. Nie przeszkadza im to natomiast w posiadaniu licznych artystycznych uzdolnień (o ile zdążą cokolwiek z nimi zrobić), albo też wysokiego ilorazu inteligencji (który bardzo często obraca się przeciwko nim). Straceńcy nie znają umiaru, lubią ryzykować (chociaż nawet jak nie lubią, to i tak to robią), nie lubią ograniczeń, dzięki czemu potrafią forsować granice i przełamywać tabu. Często jednak, chodzi o to, że nie znają innego sposobu aby zwrócić na siebie uwagę. Żyją własną legendą... a każda taka historia zawiera zapierające dech zwroty akcji. 

Inni jak mantrę powtarzają "nie rozumiem, jak można doprowadzić się do takiego stanu?!" albo "jak można tak wszystko spieprzyć?". A no można, a nawet jest to niepisanym obowiązkiem i nadrzędnym celem każdego Straceńca. Z im większym hukiem uderzają o beton, tym głośniej twierdzą, że było warto. Oczywiście każdy taki upadek grozi tym, że już się nie podniosą, ale najpewniej i tak spróbują jeszcze raz... a może znowu się uda, chociaż raz, ostatni. 

Straceńcy, którzy postanowili się ogarnąć są raczej w zdecydowanej mniejszości. Jeszcze mniejszą grupę stanowią ci, którym się to udało. Zauważyłam, że wówczas bardzo chcą być jak Inni. Adaptują na swoje potrzeby wzorce, których czasami nawet do końca nie rozumieją i powielają, co wychodzi nienaturalnie - przynajmniej na początku. Często w ten sposób, bardzo szybko udaje im się przegiąć w drugą stronę. Kojarzycie taką zabawę, gdzie kładzie się drewniany wałek na podłodze, na nim deskę, a następnie staje się na brzegach deski i stara się utrzymać równowagę? Tak właśnie widzę Straceńców, którzy próbują dopasować się do Innych. Ani przez moment nie mogą być pewni, czy zaraz ich nie przeważy na prawo lub lewo. Czasami przewracają się z hukiem, a innym razem sztywno stoją i boją się drgnąć, żeby nic nie zepsuć. Nie rzadko próby utrzymania równowagi za wszelką cenę, szczególnie bez wsparcia z zewnątrz, kończą się nerwicą. 

Lovin it - art. Lora Zombie

Spacerując z moją Przyjaciółką ulicami Berlina czułam się jakbym coś zdążyła w życiu przegapić, przez to, że zobaczyłam to za późno. Dziwna to tęsknota za czymś, czego nigdy nie doświadczyłam, czego nigdy już nie dopiszę do listy rekordów (mam nadzieję). Straceńcy są tam nieodłącznym elementem krajobrazu, można ich spotkać za każdym rogiem, o każdej porze dnia i nocy. Chyba największe ich skupisko zaobserwowałam na Kreuzberg'u.  Chociaż w większych grupach nie rzucają się tak bardzo w oczy, jak pojedyncze ewenementy na tle Innych. W mojej pamięci najlepiej zachowały się trzy takie przypadki:

  • Dziewczyna spacerująca pewnym, tanecznym niemalże krokiem, z rękami w kieszeni i czapką na lewą stronę, po Friedrichstraße. Jej chód ewidentnie wskazywał na to, że ma wszystkich dookoła w głębokim poważaniu. Przechodząc obok nas zaczęła się nieskrępowanie śmiać ze spodni mojej Przyjaciółki. Chodziło zapewne o to, że były dość egzotyczne (kwiecisty wzór). Zastanawiałyśmy się później jaki miałaby ubaw całą drogę, gdyby miała je na sobie. 
  • Znacznie mniej optymistyczny przypadek spotkałyśmy w metrze. Nadszarpnięty już mocno przez życie, postawnej budowy punk miał nieodpartą potrzebę rozmowy z ludźmi. Przysiadł się do kobiety naprzeciwko nas, która wyglądała na zakonnicę "w cywilu" i dość nachalnie zaczął jej wykładać swoje racje. Nie do końca byłam w stanie zrozumieć o czym mówił, ale hipnotycznie działały na mnie jego paznokcie pomalowane na czarno, z lakierem zdartym do połowy. Ciągle wymachiwał palcem wskazującym. Trochę się bałam, że wsadzi zaraz kobiecie ten palec do oka albo do nosa. 
  • Dwie koleżanki (z czego jedna była transwestytą) również podróżujące metrem. Na tle zmęczonych roboczym dniem Berlińczyków wyglądały bardzo barwnie. Transwestyta odstawiał jakąś pantomimę, przedrzeźniając ludzi wokół siebie, a jego towarzyszka ze słuchawkami na uszach wczuwała się w muzykę, jakby była sama w wagonie.  

Zdziwi się ktoś może, dlaczego zamiast wycieczki po Berlinie, odwiedzonych galerii, czy innych atrakcji i wspomnień, opisuję akurat tych ludzi? Ponieważ nie umiem w takich sytuacjach uniknąć porównania.

---

01.10.2013

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz