niedziela, 14 lutego 2016

Czarna magia w czerwonym pokoju

Odwiedziłam starego znajomego. Dziwny to człowiek, nietypowy, jakby pochodzący z innej epoki albo przynajmniej innego, odległego kraju. Jego dom jest równie egzotyczny jak on, a podejście do życia dalekie od tego, jakie prezentuje statystyczny Polak. Chociaż z tłumu aż tak bardzo się nie wyróżnia - jeansy, bluza, adidasy, siwizna wskazująca na wiek 50+. Na drzwiach wejściowych przyklejona, sponiewierana kartka "Nie dzwoń, medytuję". 

Pukam. Cisza. Pukam ponownie. Dalej cisza. Pieprzę to, dzwonię.

Po chwili słyszę wewnątrz jakiś ruch i w końcu ktoś otwiera... ktoś, bo to nie mój znajomy. Obcy człowiek zaprasza mnie szeptem do środka, równocześnie informując, że Maciej jest w trakcie praktyki. Zaczyna się... myślę. 

Wchodzimy do czerwonego, przesiąkniętego orientalnym zapachem kadzideł, pokoju. Znam to miejsce już z poprzednich wizyt. Maciej w kwiecie lotosu, zmieniając ton swojego głosu w niezrozumiały dla mnie sposób, pogrążony jest w jakiejś melodii. Siadamy razem z tym obcym pod ścianą w milczeniu. Wyciszam telefon, przy okazji na szybko sprawdzam jeszcze maila. Czekam. Nie mam pojęcia ile to będzie trwało, chociaż zakładam, że Gospodarz zdaje sobie sprawę, że byliśmy umówieni. 

Kilkanaście minut później buddysta otrząsa się z gardłowych pieśni. Patrzy na mnie, uśmiecha się i przedstawia Roberta. Jakiś Astrolog, uczeń kogoś tam - "Aha, no jasne, cześć..." - podaję mu rękę, przedstawiając się imieniem. Wyciągam z torebki kiełbasę (swojska) i żółty ser, to dla Buddy. Wyciągam też powód mojej wizyty - zdjęcie człowieka, który od lat mnie prześladuje z napisanym na odwrocie jego imieniem i nazwiskiem. Robert oznajmia, że musi już lecieć, więc w sumie nie wiem na co czekał. Maciej odbiera telefon i chwilę rozmawia z jakimś znajomym. Nie słucham ich, rozglądam się po czerwonym pokoju i zastanawiam się, czy coś się zmieniło od ostatniej wizyty. Chyba nie. 

- Jak masz za dużo pomysłów i nie wiesz, za który się zabrać, wybierz ten, który przyniesie światu największy pożytek. - sugeruje Maciej swojemu rozmówcy. To ważne, więc zarejestrowałam. Rozłączył się. Bierze ode mnie zdjęcie i każe powiedzieć stojącej na szafce figurce, po co tu przyszłam. Recytuję, jakbym się tego na pamięć uczyła, choć wypowiadam te słowa po raz pierwszy w życiu. 

Później idziemy na zaplecze, dla odmiany wymalowane na żółto. Maciej trzyma w ręku mosiężny, przybrudzony gliną kielich. Na pralce rozstawione ma różnego koloru farby, ale nie znajduje tej której szuka. Po stromych, żółtych schodach wdrapuje się na strych skąd wraca z dużym wiadrem czarnej farby olejnej. Nie zadaję pytań, choć kilka ciśnie mi się na usta. Zakładam z góry, że nie zrozumiem odpowiedzi. Wybieramy najbardziej odpowiedni pędzel i Maciej pokrywa kielich czarnym kolorem, przy okazji również brudząc dłonie. Widząc moją minę tłumaczy, że "Ten kielich symbolizuje formę - to forma cielesna, którą następnie za pomocą złotej farby będziemy przekształcać w światło". Domyślam się, że ma to jakiś związek z moją sprawą, kiwam głową, że niby wszystko jasne. 

Wracamy do czerwonego pokoju. Maciej daje mi nóż i trzy talerze. Kroję przyniesione specjały. Jeden talerz jest dla Buddy. Ukradkiem zerkam na zegarek, cholera, już 15:30... Muszę lecieć. Maciej wie o tym, więc mnie nie zatrzymuje. Odprowadzając mnie do drzwi, przez niebieski przedpokój, tłumaczy, że "Delikwent już został wciągnięty w energetyczny proces, podobnie z resztą jak ty, który pociągnie za sobą niezrozumiałe dla niego zmiany i który docelowo uwolni was od siebie nawzajem. Proces przekształcenia potrwa do 22 lutego. Daj mi znać, gdyby działo się w tym czasie coś znaczącego". Jasne. 

Wychodzę na ulicę w centrum miasta. Pada deszcz. Zimno. Dopinam kamizelkę. Zdecydowanie za lekko się ubrałam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz