niedziela, 9 sierpnia 2015

"Amy" - jej historia boli

Poprosiłam M. aby poszedł ze mną na ten film, chociaż to nie jest jego ulubiony gatunek. Zgodził się od razu, wiedział dlaczego nie chcę tego sama oglądać. Na drugi dzień już byliśmy w kinie. 

Nigdy nie byłam jej wielką fanką. Mam dwie płyty w aucie, ale czuję bezkresny smutek w jej piosenkach, więc muszę mieć naprawdę zły dzień aby chcieć tego słuchać. Amy zawsze kojarzyła mi się z potężnym głosem i obłędem. “Amy” w reżyserii Asif’a Kapadia doskonale ilustruje te dwa oblicza. Film jest dość statyczny, ponieważ w dużej mierze składa się z archiwalnych zdjęć. Jednak dzięki temu, że nie starali się tego na siłę fabularyzować ma w sobie ważną dla mnie autentyczność. Historia Amy opowiadana jest przez jej najbliższych i współpracowników. Mówią o jej miłości do jazzu, pasji tworzenia, obsesyjnych miłościach, otwartości, trudnym charakterze, bulimii, uzależnieniu i śmierci. 

Dużo było na temat jej pierwszej miłości - Chris’a, a później o jej mężu, którego imię dumnie nosiła na piersi - Blake. To z nim zaczęła brać heroinę. O innych związkach film nie wspomina, a szkoda, bo byłam ciekawa relacji z Pete’m Doherty.



Jednak najistotniejsza w całej opowieści była dla mnie, nie historia jej muzyki czy małżeństwa, ale historia jej uzależnienia. Miała tego pecha, że była sławna, a jej dramat był pożywką dla mediów - stała się obiektem kpin i złośliwości, co przy takim poziomie wrażliwości, musiało być cholernie bolesne. Z drugiej strony czasami chyba nawet zazdroszczę tym najsławniejszym narkomanom, bo ich życie było w jakimś sensie istotne… ich historie bolą. Nie mniej niż osobisty dramat każdego innego straceńca, ale odbijają się znacznie szerszym echem. Ćpun to ćpun - biedny, czy bogaty, zdolny czy ograniczony umysłowo, słaby czy silny, sławny czy bezimienny - cierpią, odchodzą od zmysłów i umierają tak samo.

W moim odczuciu Amy nie zabiły heroina, bulimia, alkohol, antydepresanty czy inne substancje, a brak miłości, której nie otrzymała jako dziecko, a takiej dziury w sercu nie da się później niczym zasypać. Amy była chora z miłości i na miłość. Kochała jak umiała najlepiej, ale ciągle chciała bardziej - bardziej być częścią jego, niż sobą. 

Powstrzymam się przed publiczną oceną stosunku rodziny do jej problemów, szczególnie zachowania ojca (mojego M. ten wątek najbardziej dotknął), bo nie znam i nie chcę znać jego wersji wydarzeń. 

Mam nadzieję, że po śmierci jej dusza zaznała w końcu spokoju, bo tego brakowało jej całe życie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz