wtorek, 1 września 2015

Pavor nocturnus

Znowu przyszedł po mnie - pogodny i beztroski. Zawsze się na to nabieram. Dobrze się bawi i rozkręca towarzystwo. Kopię go pod stołem i zwracam uwagę, żeby tym razem nie przeginał. W odpowiedzi śle mi rozbrajający uśmiech - przecież dopiero się rozkręca. 

Czuję przeszywający chłód, choć noc upalna. Za oknami urodzinowej sali rozlewa się mój niepokój. Nadchodzi powódź. Jednak nikt prócz naszej dwójki nie zdaje sobie z tego sprawy. On wie, musi wiedzieć - widzę to w jego uniesionym lekko kąciku ust, w przyspieszonym oddechu, oblepionej przeźroczystym woskiem twarzy. 

Chcę go uratować, tylko jego - choć na sali jest wielu ludzi. Ale wiem, że on ma w tym przedstawieniu do odegrania rolę, której nie odpuści do samego końca. Będzie się histerycznie śmiał dopóki mętna i śmierdząca woda nie pochłonie nas wszystkich żywcem.

Wiem o tym, zanim jeszcze wszystko zaleje dławiący strach. Kiedy jeszcze goście swobodnie rozprawiają nad kieliszkami i zakąskami. Nigdy nie przestanę go ratować i nigdy mi się to nie uda. Futryny okien zaczynają pękać w szwach. 

On rzyga pod siebie, a współbiesiadnicy kręcą nosami z obrzydzeniem. Chcę go stąd wyciągnąć. Oszczędzić nam obojgu wstydu. Szarpię za koszulkę i podnoszę głos, ale ani drgnie. W jego zamroczonym spojrzeniu dostrzegam w pełni przytomną obecność Tego Drugiego. I już wiem, że jest po nas, że nic nie mogę zrobić. Drzwi zaryglowano, a spod sufitu zaczyna sączyć się zielony śluz. Tylko my dwoje to zauważamy.

Nie mogę tak po prostu wyjść, z resztą on dobrze wiedział od początku, że go tu samego nie zostawię. Już za późno. Strzelam mu z liścia w twarz z całej siły. Uśmiecha się. Uśmiech stopniowo przekształca się w nerwowy chichot, a chichot w histeryczny śmiech. 

Wszyscy umrzemy.

art. Andrew Ferez

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz