czwartek, 2 lipca 2015

Tytułem własności

Jakże naiwne jest przekonanie, że można kogokolwiek mieć na własność. W naszej kulturze jest to kwestia mocno zasadnicza, choć w dalszym ciągu jedynie umowna. Kilku mężczyzn próbowało mi wmówić “jesteś moja, tylko moja, rozumiesz?”. Sratatata….

Nie pamiętam, aby kiedykolwiek zależało mi na posiadaniu kogokolwiek. Na bliskości, zrozumieniu, wspólnych planach - owszem. Natomiast na akcie własności niekoniecznie. Ludzie czasami pytają o mój związek - “skąd więc pewność, że nie odejdzie?”. Nie mam żadnej pewności, ale nikt z pytających nie miał jej tym bardziej względem swojego partnera. Tylko, że mnie to nie przeraża. Jasne, pewnie będzie mi przykro, pewnie będę tęsknić. Jednak nie jest to wizja, którą karmić będę swoje lęki za każdym razem kiedy widzę M. w towarzystwie innej.

Może więc nie kocham go “naprawdę”? Przez ostanie 5 lat zastanawiałam się nad tym kilka razy. I wychodzi mi na to, że nie kochałam nikogo bardziej, ale być może jeszcze nie wiem jak jest “naprawdę” i jakiś mędrzec z pewnością mnie oświeci.

Ludzie, dla których związkowa autonomia jest czymś niepojętym czasami patrzą na mnie z politowaniem. Oni naprawdę wierzą, że można kogoś zmienić, zniewolić, zatrzymać na zawsze tytułem własności. Szanuję to, choć wydaje mi się irracjonalne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz